Aktualności

26.11.2011

Wywiad prezesa Krzysztofa Zimnickiego dla "Strefy Siatkówki"

Niezwykle popularny siatkarski portal internetowy "Strefa Siatkówki" zamieścił wywiad z prezesem UMKS MOS Wola, Krzysztofem Zimnickim. Redaktor Tomasz Tadrała z siatki.org zatytułował wywiad "45 lat MOS-u Wola okiem Ojca Dyrektora, Krzysztofa Zimnickiego".

  • Dyrektor MOS Wola Krzysztof Zimnicki
    Dyrektor MOS Wola Krzysztof Zimnicki

Oto wywiad, który przeprowadził redaktor Tomasz Tadrała z dyrektorem Krzysztofem Zimnickim:

"Jeden z najbardziej znanych ośrodków młodzieżowych w Polsce ma już 45 lat. Od 1980r., kiedy działalność rozpoczął Międzyszkolny Klub Sportowy przy MOS-ie Wola, jego uczniowie aż 27 razy sięgali po medale młodzieżowych mistrzostw Polski.

Skąd wziął się u pana pseudonim „Ojciec Dyrektor"?
 

Krzysztof Zimnicki: - Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sięgnąć do historii naszego ośrodka, który mieści się w 100-letnim budynku, a konkretnie w dawnej Sali Aktowej z kaplicą szkolną. Przed wojną, w miejscu gdzie dzisiaj znajduje się sala pamiątek MOS-u Wola mieściła się kaplica, z kolei tam, gdzie jest ściana dzieląca halę sportową z salą pamiątek, stał ołtarz. W Sali Aktowej odprawiano nabożeństwa. W związku z tym, że po wojnie przy szkole kaplica nie mogła funkcjonować (zabraniały tego władze PRL - wyjaśnia red.), obiekt został zamknięty. Doraźnie odbywały się w nim potańcówki, a podczas świąt państwowych organizowano masowe imprezy, wyświetlano filmy, potem był tu magazyn mebli i rupieciarnia. W latach 60-tych minionego stulecia jeden z nauczycieli WF-u z liceum im. Sowińskiego wpadł na pomysł, aby przy Rogalińskiej urządzić salę sportową. Pomysł zaakceptowały władze dzielnicy i powstała hala, którą otrzymał utworzony w 1965r. Międzyszkolny Ośrodek Sportowy Wola. Jednym z trzech obiektów MOS-u był właśnie budynek, w którym rozgrywane są mecze naszego klubu.
 

- Od 20 lat pracuję w MOS-ie i dlatego w środowisku siatkarskim utarło się powiedzenie, że „kościołem" na Woli rządzi „ojciec dyrektor" (śmiech). Ot cała tajemnica.

MOS Wola ma 45 lat, Młodzieżowy Klub Sportowy 30.

- Pierwotnie MOS Wola był ośrodkiem sportowym typowo rekreacyjnym. Można było przyjść, popływać na pływalni, pograć sobie w siatkówkę, koszykówkę lub wynająć salę. Szkolono również młodzież. Dopiero w momencie, gdy poszczególne roczniki prezentowały coraz wyższy poziom pomyślano, aby grały one w rozgrywkach ligowych. W ten sposób w roku 1980 powstał Międzyszkolny Klub Sportowy przy MOS-ie Wola.

30 lat pracy z młodzieżą i 27 siatkarskich medali w mistrzostwach Polski to dobry wynik?

- Bardzo dobry.

Są lepsi?

- To zależy jak na to spojrzeć. MDK Warszawa w historii polskiej siatkówki zdobył największą liczbę medali w siatkówce młodzieżowej chłopców. Zresztą moje ręce przez 12 lat również na to pracowały. W tych czasach, co roku zdobywaliśmy medale (śmiech).

Ale taką passę miał również MOS Wola.

- To prawda. MOS Wola miał również dobre lata. Siatkarki MOS-u Wola miały wspaniałe sukcesy w latach 80-tych, a dekada 1998 - 2008 to wyjątkowy okres w historii męskiej sekcji siatkówki. Wówczas dominowaliśmy w polskiej siatkówce młodzieżowej i w tych latach zdobyliśmy 18 medali w mistrzostwach Polski, w tym 5 tytułów mistrza Polski. Najlepszy sezon mieliśmy w roku 2004, kiedy zdobyliśmy w kraju cztery medale - złoty w juniorach, brązowy w kadetach i dwa srebrne krążki wywalczyliśmy w siatkówce plażowej.
 

Na Mazowszu zarówno w żeńskiej, jak i męskiej siatkówce jest wiele silnych ośrodków...

- Mamy kilka mocnych zespołów w Warszawie jak MOS, Metro czy MDK, a w żeńskiej siatkówce Sparta. Ale dobrych zespołów nie brakuje na całym Mazowszu, bo są Czarni Radom, Legionovia, mocne ośrodki są w Siedlcach czy Ostrołęce.

- Kiedyś z naszego regionu do dalszych gier mogły awansować tylko dwa zespoły, teraz jest inaczej, dalej przechodzą trzy drużyny. Przed kilku laty Mazowsze było bardzo silne, znacznie silniejsze niż teraz. W kraju można było spotkać się ze stwierdzeniem, że poziom finałów mistrzostw Mazowsza kadetów czy juniorów był wyższy niż poziom finałów mistrzostw Polski. Z tym poglądem całkowicie się zgadzam.

Mocno konkurujecie ze sobą na Mazowszu?

- Jak to bywa w sporcie (śmiech). Naturalnie, że konkurujemy, chociaż muszę przyznać, że wszyscy są ze sobą wzajemnie powiązani. Głównym pniem jest MDK Warszawa. W tym klubie trwa od lat Wojciech Góra, z tego klubu wywodzi się trener Dariusz Kopaniak, z którym wspólnie zakładaliśmy klub Metro, Krzysiek Felczak z MOS Wola, który dla MDK-u zdobywał medale jako zawodnik. Ja pracowałem w MDK, w Metrze i teraz w MOS-ie Wola i dla tych trzech klubów warszawskich moi siatkarze zdobywali medale w mistrzostwach Polski.

Do MOS-u sprowadzana jest młodzież z całego kraju. Magnesem jest marka klubu?

- Z reguły bywa tak, że w mniejszych ośrodkach siatkarskich talent, który chce się dalej rozwijać i chce zdobywać medale mistrzostw Polski sam zaczyna śledzić doniesienia prasowe dotyczące siatkówki młodzieżowej, interesuje się rozgrywkami młodzieżowymi. Wówczas zgłasza się do silnego klubu, w którym chce grać i z tym klubem zdobywać medale.

- Był taki okres kiedy to MOS Wola był w czołówce najlepszych klubów młodzieżowych w Polsce. Wówczas wielu chłopców zgłaszało się do nas, niektórzy jak Arek Gołaś trafiali do nas dzięki swoim trenerom. W tym przypadku dzięki Remkowi Dmochowskiemu. Grzegorz Łomacz trafił do MOS-u Wola dzięki swojemu ojcu Lucjanowi, który prowadził mniejszą sekcję w Ostrołęce.

Jaka jest recepta na znalezienie siatkarskiego brylantu?

- Trzeba mieć przede wszystkim dobre oko i doświadczenie. Bez tego ostatniego z wyłowieniem talentu może być bardzo trudno. Pamiętam jak zaczynałem karierę trenerską w Orle Warszawa na Grochowie, którego barw broniły takie nazwiska jak Zdzisław Ambroziak, czy Włodek Nalazek. Wówczas prowadziłem tam grupę chłopakków, z którymi sięgnęliśmy po medal Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Po trzech latach pracy w klubie z grupą chłopaków, na przystanku autobusowym spotkałem kilku bardzo wysokich młodzieńców, proponując im grę w klubie siatkarskim. Jakie było moje zdziwienie, gdy po kilku miesiącach treningów znaleźli się oni w kadrze wojewódzkiej, a potem kadrze Polski przewyższając umiejętnościami moich zawodników, którzy w klubie trenowali już trzy lata. Wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć wynik i aby wychować klasowego siatkarza trzeba pracować z odpowiednim materiałem, a najważniejsza jest selekcja do sportu.

Jakie to uczucie, kiedy chłopak, który trenował pod pana skrzydłami zdobywa medal na imprezie międzynarodowej?

- To ogromna satysfakcja. A sporo chłopaków, którzy grali w reprezentacji, przeszło przez moje ręce. W tym gronie byli m.in. bracia Nalazkowie, Paweł Zagumny, Paweł Papke, Andrzej Szewiński, Bartosz Bachorski ale i młodsi jak Arek Gołaś, Zbyszek Bartman Bartek Gawryszewski czy Fabian Drzyzga.

W zeszłym sezonie MOS Wola Warszawa stał się „młodzieżówką" AZS-u Politechnika Warszawska w rozgrywkach Młodej Ligi. To spore wyróżnienie?

- I tak i nie. Klub z ekstraklasy powinien mieć silne zaplecze w postaci młodzieży. Tak nie jest w przypadku AZS-u Politechnika Warszawska, czy AZS-u Częstochowa. Oczywiście, że te zespoły mogą skupiać się na siatkówce akademickiej, jednak rzeczą nienaturalną jest kiedy cała sekcja siatkarska liczy 14-15 osób.

A sam pomysł grania w rozgrywkach Młodej Ligi jest dobry?

- To bardzo dobry pomysł. Próbowaliśmy go forsować wraz z Darkiem Kopaniakiem ładnych kilka lat temu na łamach czasopisma „Forum Siatkarskie". Nie wszystko w obecnym systemie rozgrywek Młodej Ligi przypadło mi do gustu.

Współpraca z warszawską Politechniką zatacza coraz szersze kręgi?

- Politechnika jest zobligowana do posiadania zespołu młodzieżowego. Jako, że go nie ma, korzysta m.in. z naszych zawodników. Dla nas jest to możliwość gry dla młodych chłopców, dlatego zdecydowaliśmy się na ten układ. Ale nie jest to systemowa współpraca jaką sobie bym wyobrażał, jednak na dziś jest to korzystne zarówno dla nas, jak i dla Politechniki.

W Warszawie powstała piłkarska szkółka Barcelony. A kiedy powstanie siatkarska Barcelona?

- Ona w Warszawie jest od dawna, lecz nikt nie chce jej dostrzec wspomóc i rozwinąć! Jestem zdumiony faktem, że władze miasta Warszawy przekazują na potrzeby bogatej Barcelony cztery orliki, a tymczasem takie warszawskie kluby siatkówki młodzieżowej jak MDK, Metro czy MOS Wola nie mają gdzie grać i za co szkolić. Dziwne jest to, że nikt w mieście, ani w PZPS nie chce zauważyć, że te trzy ubogie klubiki młodzieżowe, oparte na pracy pasjonatów siatkówki, wychowały praktycznie „na śmietniku" plejadę olimpijczyków, medalistów mistrzostw świata i Europy jakich nowa Barcelona zapewne długo nie wychowa. Aby nie być gołosłownym pozwolę sobie zauważyć, że z tych trzech klubów wywodzą się uczestnicy Igrzysk Olimpijskich: Mirosław Rybaczewski (mistrz olimpijski), Włodek Nalazek, Wojtek Drzyzga, Paweł Zagumny i Arek Gołaś. Tu uczyli się siatkówki wielokrotni reprezentanci Polski: Ireneusz Nalazek, Mirosław Peryt, Arkadiusz Wiśniewski, Grzegorz Wagner, Paweł Papke, Zbigniew Bartman, Piotr Nowakowski, Grzegorz Łomacz, Karol Kłos, Fabian Drzyzga. Tu wyrosło kilkudziesięciu medalistów młodzieżowych mistrzostw świata i Europy oraz całe zastępy siatkarzy ligowych.

W zeszłym sezonie MDK, Metro i MOS Wola w rozgrywkach PlusLigi i I ligi mężczyzn miały 40 swoich absolwentów i dodatkowo 5-6 poza granicami naszego kraju.

- Ale niestety trudno znaleźć sponsora dla takiej wspaniałej działalności. Mimo tych sukcesów w Warszawie nigdy nie powstała siatkarska szkoła sportowa czy ośrodek szkolenia młodych siatkarzy. Chłopcy, którzy nauczyli się siatkówki w Warszawie odchodzą do klubów w innych miastach. Nikt nie myśli o siatkarskiej Barcelonie w Warszawie. A szkoda.

MOS Wola kojarzony jest z siatkówką młodzieżową, tymczasem seniorzy biorą udział w rozgrywkach II ligi.

- Najpierw w II lidze występowały dziewczyny z MOS Wola, które na tym szczeblu grały z przerwami w latach 80-tych i 90-tych. Chłopcy po raz pierwszy do II ligi weszli w sezonie 2001/2002. Wtedy od razu spadliśmy do ligi wojewódzkiej grając kadetami. W drugiej lidze zespoły MOS Wola grały z reguły juniorkami i juniorami. Trzy lata temu z racji braku środków finansowych musieliśmy zrezygnować z występu w rozgrywkach II ligi, teraz gramy w nich ponownie. Uznaliśmy, że dla naszych juniorów i absolwentów, którzy nie poszli do klubów ekstraklasy i I ligi, dobrym rozwiązaniem będą występy w II lidze. Niestety na rozgrywki ligowe brakuje pieniędzy. Mimo że wszyscy nasi chłopcy grają za darmo, nie mają nawet stypendiów, a sport kosztuje. Same koszty sędziów w zespole II ligi wynoszą w sezonie kilkanaście tysięcy zł., do tego trzeba doliczyć przejazdy, sprzęt osobisty, obiady dla zawodników i już zamykamy się w kwocie 70 tys zł jako minimum. Z konkursu, który organizuje miasto dostajemy 34.800 zł. Resztę pieniędzy trzeba zdobyć samemu. Gdybyśmy tych środków dostawali więcej np. na poziomie 200.000 zł śmiało moglibyśmy grać w I lidze...

To realne?

- Oczywiście. Zostawialibyśmy lepszych zawodników w klubie, a tak, co roku około 20-30 chłopaków wypożyczamy do innych drużyn, aby tam się rozwijali. W Warszawie bardzo przydałby się zespół, który zagrałby na zapleczu ekstraklasy.

W ostatnich latach sukcesy odnosiła jedynie sekcja męska. Świetność żeńskiej sekcji przywrócą młodziczki trenera Lizińczyka?

- Stasiu Lizińczyk ma bardzo fajną grupę dziewczyn, podobnie zresztą jak Artur Wójcik. Te roczniki są bardzo dobrze prowadzone, dlatego uważam, że mają duże szanse powalczyć w finałach mistrzostw Polski. To najlepsze grupy od 2007r.,kiedy to medale zdobywały nasze juniorki.

W bólach na MOS-ie Wola rodzą się struktury Klubu Kibica.

- Nasza młodzież bardzo chętnie przychodziłaby na mecze seniorów, jednak trudno pogodzić mecze w rozgrywkach młodzieżowych, które rozgrywane są w soboty, z meczem II ligi mężczyzn.
 

A mieszkańcy Woli?

- Próbujemy coś w tym kierunku robić. Na mecze seniorów przychodzi trochę naszych absolwentów, pojawiają się również rówieśnicy chłopaków grających na parkiecie. Tworząc zespół seniorski nasz zamysł był taki, aby II liga była lekcją poglądową dla najmłodszych, jednak jak wspomniałem, oni w tym czasie sami mają własne mecze. Chcę zauważyć, że w sezonach kiedy nasza drużyna była w czołówce II ligi na mecze przychodził komplet publiczności. Na mecz pokazowy naszego MOS Wola z AZS Częstochowa, na otwarcie tegorocznego sezonu przyszło około 1000 widzów do hali „Koło".

Warszawa to bardzo duże miasto, ale paradoksalnie nie jest tu łatwo pozyskać sponsora

- To prawda. Jest to bardzo trudna sztuka. W mniejszym środowisku sponsorzy bardziej utożsamiają się ze swoją drużyną. A w Warszawie wszystko jest anonimowe, większość osób wyjeżdża na weekend do domu. Ponadto warszawska młodzież mniej się garnie do sportu. Wynika to z faktu, że w mieście ma o wiele więcej innych rozrywek."

http://aktualnosci.siatka.org/pokaz/2011-11-25-45-lat-mos-u-wola-okiem-ojca-dyrektora-krzysztofa-zimnickiego

Drukuj
PDF
Powiadom
Powrót

Komentarz (0)

Dodaj komentarz
  • Brak komentarzy